Odwracanie kota ogonem …

… czyli jak czarne może być białe, a białe – czarne.

„Przeto nie bójcie się ich, albowiem nie ma nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic tajnego, o czym by się dowiedzieć nie miano” – (Ew. Mateusza 10:26)

Od ponad tygodnia mamy swoją polską aferę podsłuchową z prawdziwego zdarzenia, bowiem wszystko, co do tej pory nad Wisłą podsłuchiwano i publikowano (łącznie z tzw. aferą Rywina) trudno porównać z „serialem”, którego kolejne odcinki przykuwają obecnie uwagę milionów Polaków. A jest tym razem kogo i czego posłuchać. Czołowi politycy w państwie w zaciszu restauracyjnych pomieszczeń pozwalają sobie na szczerość, na którą pełnione publicznie funkcje im zwyczajnie nie pozwalają. Wiadomo nie od dziś, że polityka „od kuchni” wygląda inaczej niż ta serwowana naiwnym medialna papka. Choć być może dla niektórych zaskoczeniem będzie fakt jak bardzo to, co słyszymy i oglądamy, rozmija się z brutalną rzeczywistością.

Nie dziwi również to, iż po publikacji pierwszych taśmowych rewelacji blady strach padł na rządzących, którzy w obawie przed możliwą katastrofą wyborczą, zrobią wszystko, by odwrócić bieg niesprzyjających sobie wydarzeń. Zwłaszcza, że dotąd opierali swój kapitał polityczny na medialnym spektaklu, kreacji wizerunku baaardzo odległego od prawdy.
Teraz niczym bokser, ocknąwszy się po zaliczeniu mocnego ciosu, podnoszą wysoko gardę, próbując wyprowadzić kontratak. Na początku obrona jest nieco chaotyczna („wizyta” prokuratorów, policji i służb w redakcji tygodnika dysponującego taśmami). Potem jednak następuje konsolidacja sił i odwracanie uwagi od tego, co naprawdę istotne.

Dowiadujemy się, że głównym problemem jest samo podsłuchiwanie (przecież nielegalne!) wymierzone w polską rację stanu (czyli obecnie w rację partii rządzącej). A przecież w dobie kiedy wszyscy podsłuchują wszystkich. rzecz przede wszystkim w tym, żeby nie dać się podsłuchać. Poza tym, na nagraniach nie została ujawniona jakaś ściśle tajna tajemnica państwowa. To nie państwo polskie jest destabilizowane, lecz pozycja partii rządzącej i ewentualnie polityczna przyszłość co poniektórych.

W roli głównej pojawia się również wulgarny, knajacki język, jakim posługują się prywatnie podsłuchani panowie. Politycy przepraszają, trochę biją się w piersi, ale to przecież nie przestępstwo. Chwila wstydu, potem ludzie i tak zapomną.

Jednak w całej tej historii naprawdę ważne nie jest to jak rzeczy zostały powiedziane, kto je podsłuchał – lecz co zostało powiedziane. Z ust ludzi sprawujących rządy, w pełni świadomych, nie pod wpływem alkoholu, w przypływie szczerości dowiadujemy się m.in., że państwo polskie jest niewydolne, pieniędzy na emerytury nie będzie, z zasady niezależny prezes NBP zgadza się na działania wspierające partię rządzącą przed wyborami, oficjalne sojusze międzynarodowe to czysta fikcja itp.

Te wiadomości powinny być w centrum uwagi i powodem do społecznej refleksji. Jeśli to prawda, to najbliższe wybory parlamentarne (pewnie jednak w oficjalnym terminie) pokażą na ile polskie społeczeństwo jest jeszcze zdolne do wyciągania wniosków i podejmowania racjonalnych decyzji przy urnach wyborczych. A może Polak, jak mawiał wieszcz, nie tylko przed szkodą, ale i po szkodzie pozostanie głupi…

Jedno, to, co zrobi bardziej świadoma część polskich wyborców, a drugie, co na to ewangelicznie wierzący w naszym kraju? Jak dotąd w swojej przeważającej części ślepo i bezkrytycznie wspierali jedną opcję polityczną obecnie pozostającą u steru władzy, dodatkowo przypisując jej przywódcom rolę duchowych, Bożych pomazańców dla Polski, ba, nawet Europy. Czy ta lekcja czegoś nas nauczy? Czy uparcie będziemy trwać przy swoim, a może doznamy amnezji i szybko wyprzemy się swoich naiwnych poglądów, szukając nowych kandydatów na duchowych protegowanych?

Czy w końcu zrozumiemy, że nie sposób mieszać dwóch różnych od siebie porządków władzy: boskiej i czysto ludzkiej-politycznej? Że modlitwa za rządzących to nie bezkrytyczna „mantra” poparcia dla naszych ulubionych polityków, ale wołanie do Boga o władzę niesprzedajną, oddaną swemu narodowi, kierującą się ewangelicznymi wartościami? Jeśli zaś takich standardów rządzący nie spełniają, to bez względu na barwy polityczne, powinni zostać odsunięci od władzy. Istnieje bowiem zasadnicza różnica między samym urzędem władzy, któremu należy się szacunek i posłuch (inaczej mielibyśmy anarchię), a konkretnymi ludźmi, którzy nigdy do tych urzędów nie powinni być dożywotnio „przyspawani”.

Nasz kraj rozpaczliwie potrzebuje nowego rodzaju rządzących, prawdziwych mężów stanu i o takich powinniśmy wołać do Boga.