Ewangelizacja na stadionie i … co dalej?

Znowu mamy „internetową” burzę opinii w szklance „ewangelicznej” wody. Konkretnie, tym razem rzecz dotyczy Festiwalu Nadziei – ewangelizacji, która ma się odbyć na stadionie Legii w Warszawie w czerwcu br. Wydarzenie to szczególne, jeśliby wziąć pod uwagę skalę imprezy, rozmach przygotowań i spodziewany, towarzyszący jej rozgłos. 

Organizatorem ewangelizacji jest fundacja im. Billy Grahama  (jednego z największych ewangelistów wszechczasów). Głosić ewangelię będzie syn Grahama – Franklin, a do współpracy przy organizacji zostały zaproszone kościoły ewangeliczne, jak również tzw. kościoły historyczne, w tym kościół rzymsko-katolicki. I zwłaszcza ten ostatni fakt wywołuje największe kontrowersje. Przy tej okazji kardynał Nycz wystosował do katolickich wolontariuszy-duszpasterzy list z apelem o liczną obecność na tej ewangelizacji, by nie pozostawić samym sobie obecnych tam katolików (czyli najprawdopodobniej zdecydowaną większość uczestników – adresatów tejże ewangelizacji), którzy będą potrzebowali duchowego wsparcia i dalszego prowadzenia.

Jak to bywa w takich przypadkach, w polemice internetowej (i w realu) szybko zarysowała się linia podziału na zagorzałych zwolenników tego typu ewangelizacji i kontestujących ją chrześcijan. Niestety, kiedy emocje dochodzą do głosu, zdrowy rozsądek milczy. Po obu stronach nie przebiera się w epitetach, co czyni głuchym na przeciwne argumenty, choćby były jak najbardziej uzasadnione.

Jedni rozpływają się w zachwytach nad „ekumenicznym” charakterem imprezy, podkreślając, że drugiej takiej okazji możemy w Polsce nie mieć (jeśli miałaby to być ostatnia stadionowa ewangelizacja w tym kraju, to oznaczałoby kres nadziei na duchowe przebudzenie). Jednocześnie zewsząd padają nośne hasła o miłości, jedności, przyjaźni, porozumieniu ponad podziałami itp. Z drugiej strony pojawiają się głosy ostrej krytyki, odsądzające od czci i wiary tych, którzy organizują ewangelizację, bądź chcieliby w niej uczestniczyć. Dla pierwszych Festiwal to drzwi do przebudzenia Polski, dla drugich mezalians z religią, chodzenie w „nierównym jarzmie” z niewiernymi. I najpewniej, gdy opadnie kurz po imprezie, pierwsi ogłoszą jej niebywały sukces, a drudzy spektakularną, duchową porażkę.

Zastanawiające jest to, że w owej walce o rację, paradoksalnie, to właśnie niektórzy żarliwi zwolennicy Festiwalu w tak przyjętej formule, prezentują skrajnie nietolerancyjne, wręcz wrogie postawy. W myśl zasady, że kto nie jest z nami, ten jest przeciwko Chrystusowi i ewangelii (tak jak swego czasu pewien polityk dzielił ludzi na Polskę i Zomo), próbują demagogicznie stygmatyzować wszelkich oponentów. Tym samym, chcąc nie chcąc, pogłębiają już istniejące podziały.

A przecież żaden chrześcijanin przy zdrowych zmysłach nie zaprzeczy zasadności docierania z prawdziwą ewangelią zbawienia w Chrystusie do najszerszych mas społecznych. Należy się zgodzić z apostołem Pawłem, ongiś gigantem skutecznej ewangelizacji, że chodzi o to „byle tylko wszelkimi sposobami Chrystus był zwiastowany…”(Flp.1:18).

Dylemat jednak nie dotyczy samej ewangelizacji, jakości głoszonego tam Słowa, lecz tego, co stanie się dzień, tydzień, miesiąc po niej. Wspomniany apostoł Paweł znany był z niezwykłej efektywności i owocu pozostającego po jego ewangelizacji. Czy Festiwal w tym sensie nie pozostanie kolejną imprezą… niespełnionych nadziei? Czy, jak chcą niektórzy, będzie realizacją marzeń o przebudzeniu wielu pokoleń chrześcijan? Czy da impuls do ogólnonarodowego poruszenia Ducha Świętego?

Trudno w to wierzyć, obserwując, jak na naszych oczach rodzi się nowa, „świecka tradycja” ewangelizacji, polegającej na zakazie wszelkich form prozelityzmu (czyli przekonywania innych do zmiany wyznania). Oznacza to ni mniej ni więcej, że jeśli przyprowadzimy do rzeczywistej wiary w Chrystusa np. katolika (wyznawcy katolicyzmu to wciąż ponad 90 % populacji w naszym kraju), musimy lojalnie skierować go do najbliższej parafii, gdzie, jak należy przypuszczać, zostanie wdrożony w proces uczniostwa, opartego na zdrowych, biblijnych zasadach… W ten wszakże sposób, fundujemy kościołom ewangelicznym trwanie w impasie, bez szans na jakikolwiek rozwój, a tysiącom nowonarodzonych duchowych dzieci najczęściej…powolną eutanazję. Nie można mieć pretensji do kościoła katolickiego, że broni swego stanu posiadania (dusz), ale należy mieć obawy co do poziomu naiwności niektórych chrześcijańskich przywódców.

Czy po wypowiedzeniu na stadionie(czy gdziekolwiek indziej) formuły powierzenia się Chrystusowi, katolik ma pozostać katolikiem, prawosławny prawosławnym ze wszystkimi tego konsekwencjami? Czy wszystko ma zostać po staremu? Oby nie, bowiem w przeciwnym wypadku po Festiwalu pozostałaby nam tylko nadzieja. A ta, jak wiadomo, umiera ostatnia.